 Le tennis, Federer, Nadal, Sampras, Agassi et les autres... dialogues énergiques et originaux entre amoureux du sport, des arts et de la vie.
|
 |
|
|
|
| Auteur |
Message |
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
Sujet: Autres tournois 2010 20/02/10/19/59/56 |
|
|
| Citation: | | Dubai Le tirage n'a pas été très tendre pour les Français : Federer-Benneteau, Clément-Cilic, Simon-Baghdatis, Serra-Davydenko et Tsonga-Llodra. |
Putain si Bénénuts bat encore Federer je le fais cuire et je le bouffe en 3 mois...
(Bénénuts hein pas Fed)  _________________
 |
|
|

|
|
Dame Acro Franck Costello du Gazon

Age: 42 Inscrit le: 07 Nov 2008 Messages: 4610 Localisation: Réunion
|
Sujet: Autres tournois 2010 20/02/10/21/17/06 |
|
|
| decoturf a écrit: | Putain si Bénénuts bat encore Federer je le fais cuire et je le bouffe en 3 mois...
(Bénénuts hein pas Fed)  |
Faut faire gaffe ! Benenuts a le feu au derche en ce moment... _________________ "De mon temps, on ne râpait que les carottes, mais aujourd'hui ils rappent la musique. Dans tous les cas, ça fout des saloperies partout"- Le papy du bar d'en face.
http://letenniswhatelse.blogspot.com |
|
|

|
|
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
Sujet: Autres tournois 2010 21/02/10/15/15/34 |
|
|
Par contre... bon tirage pour Baghdatis qui va certainement rejoindre le clan des déblatiseurs.  _________________
 |
|
|

|
|
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
Sujet: Autres tournois 2010 21/02/10/15/31/03 |
|
|
| Citation: | | Annoncé à Dubaï pour son premier tournoi depuis sa victoire à l'Open d'Australie fin janvier, Roger Federer ne sera finalement pas présent dans le Golfe. Le Suisse souffre d'une infection pulmonaire, consécutive semble-t-il à son déplacement en Ethiopie, qui va retarder sa rentrée de deux ou trois semaines. |
Bon bah comme ça, c'est réglé...
Par contre le Bénénuts a battu Tsonga à Marseille et va disputer la finale contre Llodra. Il risque d'être un peu juste à Dubai... dommage, j'aurais bien aimé qu'il se prenne une raclée par Rodger.  _________________
 |
|
|

|
|
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
Sujet: Autres tournois 2010 21/02/10/16/35/58 |
|
|
Bien Llodra a fait du petit bois avec Bénénuts...  _________________
 |
|
|

|
|
Dame Acro Franck Costello du Gazon

Age: 42 Inscrit le: 07 Nov 2008 Messages: 4610 Localisation: Réunion
|
Sujet: Autres tournois 2010 21/02/10/17/42/23 |
|
|
Infection pulmonaire...C'est grave ça ? _________________ "De mon temps, on ne râpait que les carottes, mais aujourd'hui ils rappent la musique. Dans tous les cas, ça fout des saloperies partout"- Le papy du bar d'en face.
http://letenniswhatelse.blogspot.com |
|
|

|
|
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
|
|

|
|
Acro Meyer Lansky de la Terre Battue

Age: 42 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 2297 Localisation: Réunion
|
Sujet: Autres tournois 2010 22/02/10/08/16/01 |
|
|
et si il mourrait ? vous imaginez le truc..? _________________ T'ain chuis devenu un putain de bisounours.... |
|
|

|
|
decoturf Franck Costello du Gazon

Age: 51 Inscrit le: 19 Mai 2008 Messages: 4857 Localisation: Loin
|
Sujet: Autres tournois 2010 22/02/10/11/57/04 |
|
|
| Acro a écrit: | | et si il mourrait ? vous imaginez le truc..? |
Mouarf... Hakim... tout de suite le scénario catastrophe.  _________________
 |
|
|

|
|
nizon Calderone du passing croisé

Age: 38 Inscrit le: 24 Juil 2009 Messages: 465 Localisation: Angers
|
Sujet: Autres tournois 2010 25/02/10/15/54/11 |
|
|
grosse perf' générale des français à Dubaï... _________________ Les cons, ça ose tout. C'est même à ça qu'on les reconnaît. |
|
|

|
|
James227 petite frappe
Inscrit le: 02 Déc 2025 Messages: 16
|
Sujet: Autres tournois 2010 13/03/26/15/38/53 |
|
|
Pamiętam ten wtorek jak dziś. Siedziałem w pracy, a właściwie to nie tyle siedziałem, ile bezmyślnie wpatrywałem się w monitor, udając, że ogarniam arkusz kalkulacyjny, który od godziny stał w miejscu. Za oknem lało jak z cebra, ten paskudny, listopadowy deszcz, który potrafi człowieka dobić bardziej niż poniedziałek o ósmej rano. Właśnie skończyła mi się kawa, a w biurze, jak na złość, nikt nie zrobił nowego ekspresu. Miałem po prostu dość. Dość szarości, dość liczb, dość tego wszechogarniającego marazmu. Sięgnąłem po telefon, żeby zabić czas na Fejsie, ale po pięciu minutach scrollowania uznałem, że to jeszcze gorsza rozrywka niż gapienie się w Excela. I wtedy wpadła mi w oko reklama. Jakiś koleś w moim wieku, z taką samą dwudniową brodą i workami pod oczami, uśmiechał się szeroko, trzymając w dłoni plik banknotów. Pamiętam ten slogan: „Odpręż się i poczuj dreszczyk emocji”. Pomyślałem wtedy, no dobra, dreszczyk emocji w moim życiu to teraz tylko wtedy, gdy dostaję wezwanie do zapłaty za prąd. Kliknąłem. Przekierowało mnie na stronę, a tam przywitał mnie kolorowy, trochę kiczowaty, ale w jakiś sposób przyjemny dla oka świat. Na dole strony, w rogu, pojawiło się wyskakujące okienko: vavada casino free spins. Pomyślałem: a co mi tam, za free to ja nawet chińszczyznę z marketu wezmę, a co dopiero darmowe obroty.
Zarejestrowałem się w pięć minut, podałem maila, na który i tak codziennie przychodzi sto ton spamu, i dostałem te obiecane darmowe spiny na jakąś egipską grę. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się absolutnie niczego. Traktowałem to jak taki automatyczny clicker – wciskam guzik, patrzę, jak kółka się kręcą, i wracam do nudy. Kliknąłem pierwszy raz – nic. Drugi – nic. Trzeci, czwarty, piąty. Już chciałem wyłączyć, bo pomyślałem, że to kolejne oszustwo, gdzie rzekomo coś dają, a potem tylko lecą reklamy. Ale przy szóstym spinie coś drgnęło. Ekran rozbłysnął, z głośników w telefonie ryknął ten charakterystyczny, zwycięski dźwięk, a na środku wyświetliła się animowana mumia tańcząca z pochodnią, a pod nią liczba: 250 zł. No, powiedziałem, nie jest źle. Za darmo, bez wkładu własnego, wyciągnąć dwieście pięćdziesiąt złotych? Spoko, starczy na kolację dla nas dwojga albo na butelkę czegoś lepszego na weekend. Wypłaciłem kasę na portfel, żeby mieć ją z głowy, i wróciłem do pracy, ale ta myśl gdzieś tam we mnie została. Ten krótki moment, te kilka sekund, kiedy bębny biją, a ty czekasz, czy wypadnie kombinacja. To było jak zastrzyk adrenaliny wprost do szarej kory. I to było fajne.
Od tamtej pory, gdzieś raz na dwa, trzy dni, wieczorem, kiedy Ola oglądała już swój ulubiony serial, a ja udawałem, że czytam książkę, wchodziłem na to kasyno. Zasiliłem konto stówą, żeby mieć na czym grać, i traktowałem to jak abonament za rozrywkę. Czasami wygrywałem, częściej przegrywałem, ale nigdy nie szło mi o pieniądze. Chodziło o tę odskocznię. O moment, w którym nie myślałem o tym, że muszę wymienić opony w samochodzie, że szef jest na mnie wściekły za spóźniony raport, czy że znowu pokłóciliśmy się z Olą o to, czyje teraz kolej zmywać. Grałem głównie w takie proste, automatowe gry, bo one nie wymagają myślenia. Wciągałem się w ich klimat – raz byłem w dżungli, raz w kosmosie, a raz w takiej staromodnej, amerykańskiej cukierni. Aż pewnego wieczoru, to był chyba czwartek, trafiłem na grę z kuźnią i krasnalami. I znowu, zupełnie przypadkiem, trafiłem na promocję, która wyskoczyła mi na ekranie głównym: vavada casino free spins za wpłatę. Akurat doładowałem konto standardową stówą, więc dostałem dodatkowe pięćdziesiąt darmowych obrotów w tej konkretnej grze. Włączyłem je, odpalając grę w tle, i zająłem się przeglądaniem telefonu. Dopiero po chwili spojrzałem na ekran komputera, bo usłyszałem, że muzyka w grze nagle przyśpieszyła, zrobiła się bardziej podniosła. Na ekranie szalały krasnale, a licznik wygranej zaczął gwałtownie skakać. Myślałem, że to jakiś błąd, że może to wlicza wszystkie spiny naraz. Ale nie. Okazało się, że jeden z tych darmowych spinów trafił kombinację, która odblokowała dodatkową rundę bonusową, a w tej rundzie poszło już lawinowo. Siedziałem i patrzyłem, jak kwota 50 zł rośnie do 200, potem do 500, potem przebija 800 i zatrzymuje się na 1150 złotych. 1150 złotych za darmo, za nic. Za to, że miałem ochotę pograć w krasnale z kuźnią.
No i tutaj zaczyna się właściwa historia. Bo tydzień później, siedząc w kuchni z Olą, przeglądaliśmy oferty weselne. Planowaliśmy ślub od roku, zbieraliśmy pieniądze, odkładaliśmy każdy grosz. Okazało się jednak, że lokal, który nam się wymarzył – taki stary dworek pod miastem, z ogrodem i stawem – kosztuje tyle, że po opłaceniu zaliczki nie starczyłoby nam na nic więcej. Żadnej fajnej kapeli, żadnego dobrego fotografa, musielibyśmy ciąć koszta na wszystkim, nawet na dekoracjach. Siedzieliśmy smutni nad kalkulacją, a ja w myślach wróciłem do tamtego wieczoru z krasnalami. Pomyślałem wtedy, że skoro raz się udało, to może warto spróbować jeszcze raz. Nie z chciwości, nie z myślą, że to sposób na życie, ale z taką lekką, szaloną myślą: „A gdyby tak? Gdyby tak los chciał nam pomóc?” Nie powiedziałem Oli nic. Wieczorem, kiedy poszła spać, otworzyłem laptopa i po prostu zacząłem grać. Miałem na koncie te 1150 zł, które wygrałem wcześniej. Uznałem, że to nie są moje prawdziwe pieniądze, że to taka magiczna kasa, która przyszła znikąd, więc jeśli zniknie, to nic się nie stanie. Postawiłem sobie limit: gram za to, co mam na koncie z wygranej, żeby nie wpłacać ani złotówki z naszych wspólnych oszczędności.
To była dziwna noc. Grałem spokojnie, stawiałem niskie kwoty, próbowałem różnych automatów. Raz wygrywałem, raz przegrywałem, konto falowało. Około drugiej w nocy miałem już tylko 400 zł. Pomyślałem: „No dobra, ostatnie 100 zł, a potem idę spać”. Włączyłem grę, którą lubię, z wikingami. Postawiłem te 100 zł, grałem na niższych stawkach, żeby pociągnąć jak najdłużej. I gdzieś po dziesięciu minutach, kiedy zostało mi już tylko 20 zł, gra wrzuciła mnie do losowej rundy bonusowej. I wtedy zaczęło się dziać coś niesamowitego. Symbole na ekranie zaczęły znikać, pojawiać się nowe, spadać z góry, tworzyć nowe kombinacje. To trwało może z pięć minut, które dla mnie były wiecznością. Bałem się oddychać, bałem się mrugnąć. Kiedy mechanika bonusu w końcu się skończyła, na ekranie pojawiła się kwota końcowa. Wpatrywałem się w nią przez dobre trzydzieści sekund, próbując zrozumieć, co widzę. 4.300 złotych. Wcisnąłem przycisk „wypłać” drżącymi rękami, a potem siedziałem w ciemności, słuchając tylko bicia własnego serca. To było więcej niż nasz wkład własny na lokal. To była cała brakująca kwota na opłacenie sali.
Obudziłem Olę o trzeciej nad ranem. Była wściekła, myślała, że się pali albo ktoś umarł. A ja powiedziałem tylko: „Mamy salę. Mamy ten d*** dworek”. Pokazałem jej historię transakcji na telefonie, pokazałem przelew. Kazała mi się położyć i powiedziała, że śni mi się po nocach. Ale rano, kiedy pieniądze faktycznie wpłynęły na konto, zbladła. Musiałem jej opowiedzieć wszystko od początku – o moich wieczornych eskapadach, o pierwszej wygranej, o tym, że zawsze grałem odpowiedzialnie, że to była taka moja odskocznia od codzienności. Nie wiem, jak to przyjęła. Chyba do dzisiaj do końca mi nie wierzy, ale kiedy podpisywaliśmy umowę z managerem dworka, a ona patrzyła na te wszystkie szczegóły, na wystrój, na menu, które będzie dokładnie takie, jak chciała, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: „Twój wirtualny hazard się opłacił”.
I wiecie co? Wesele mamy za trzy miesiące. Skończyłem grać tamtej nocy. Nie dlatego, że Ola kazała, ale dlatego, że dostałem od losu dokładnie to, czego potrzebowałem w tamtym momencie. Dostałem impuls, radość, a przede wszystkim realną pomoc w spełnieniu marzenia. Do dzisiaj, jak myślę o tej nocy, o tych spadających symbolach wikingów i o kwocie, która urosła z resztek, to mam ciarki. I zawsze, kiedy widzę reklamę tego kasyna, uśmiecham się pod nosem i dziękuję w duchu za ten jeden, zwariowany wieczór. Za ten moment słabości, który okazał się momentem siły. Bo czasami, żeby wygrać, trzeba po prostu zaryzykować i pozwolić, żeby szczęście samo zapukało do drzwi. |
|
|

|
|
|
|
|
| Page 1 sur 1 |
|
|
Permission de ce forum: | Vous ne pouvez pas répondre aux sujets
| |
|
|
|